Najpierw instytucje, później reformy

Jednym z największych osiągnięć współczesnej cywilizacji Zachodu jest tworzenie stabilnych instytucji, które regulują określone aspekty życia, m.in. gospodarki. Na przykład w czasach cesarza Dioklecjana niską inflację starano się utrzymać ścinając głowy tym, którzy nadmiernie podnosili ceny. Teraz używa się do tego celu nieco bardziej wysublimowanych narzędzi, a głównym odpowiedzialnym nie jest facet z siekierą ale bank centralny.

Wydaje się, że wiele problemów polskiej gospodarki rozwiązanych byłoby znacznie łatwiej i szybciej, gdyby rządzący i komentatorzy bardziej skupili się nie na tym, co trzeba zrobić, ale jak zmodyfikować instytucje, aby dobry rezultat niejako sam powstawał. Gdybyśmy zaczęli reformy od dobrych instytucji, wielu problemów by nie było. A temat podniesienia wieku emerytalnego, który ostatnio rozgrzewa wyborców i media, jest doskonałą okazją żeby to udowodnić. Jeżeli bowiem władza i eksperci mają problem, żeby przekonać obywateli do tak oczywistego faktu, iż wraz ze wzrostem średniej długości życia, poprawą warunków pracy i spadkiem liczby osób w wieku produkcyjnym należy podnieść wiek emerytalny, to znaczy, że problem leży głęboko w instytucjach komunikacji społecznej, edukacji, międzypokoleniowego transferu odpowiedzialności i oszczędności.



Na chwilę przenieśmy się za Ocean. Wiele lat temu Amerykanie stworzyli bardzo przydatną instytucję, która znacząco poprawia jakoś prowadzenia polityki gospodarczej. Kongresowe Biuro Budżetu (CBO), w którym pracują wysokiej klasy apolityczni specjaliści, regularnie pokazuje, jaka będzie ścieżka wydatków publicznych, dochodów oraz długu na przestrzeni kilkudziesięciu lat w przód, jeżeli w polityce gospodarczej utrzymane zostanie status quo.

Dzięki temu Amerykanie mają dość przejrzysty obraz, na jakiej ścieżce znajduje się ich budżet. Tak jak astronauci lecący w kosmos posiadają urządzenia, które pozwalają im określić, czy przy danej prędkości i kątach nachylenia trafią na księżyc czy w czarną dziurę, tak CBO pokazuje obywatelom, czy przy danej polityce gospodarczej dług publiczny spadnie, pozostanie bez zmian, czy eksploduje. Każdy kto obserwuje amerykańską politykę, widzi zapewne, że różnice między demokratami i republikanami co do długookresowego poziomu wydatków i dochodów publicznych są dość małe. Powszechnie wiadomo również, że amerykański budżet jest na ścieżce do całkowitej eksplozji.

Nie jestem pierwszą osobą, która postuluje, że podobne biuro powinno istnieć w Polsce. Takie postulaty pojawiają się od dawna, ale jest to temat tak mało sexy, że nie trafia ani na pierwsze ani na drugie ani nawet na czwarte czy piąte strony gazet. Szkoda, bo gdyby w Polsce istniało takie biuro na wiele dylematów nie tracilibyśmy czasu. Cały problem reformy emerytalnej byłby znacznie bardziej przejrzysty, łatwiejszy do komunikowania, nie tworzyłby pretekstu do organizowania cyrku politycznego. Dyskusja toczyłaby się wokół liczb, idei, wartości, a nie wokół tego, czy prezes JK powinien przyjść na spotkanie z premierem DT, lub czy wicepremier WP jest bardziej prospołeczny niż minister JR. Debata byłaby pewnie nie mniej ostra, ale bardziej efektywna. W Sejmie powstałyby projekty A, B i C. Biuro przygotowałoby analizę na temat wieloletnich skutków tych projektów i przynajmniej łatwiej byłoby zidentyfikować linie podziałów.

Nie musiałaby to być droga instytucja, wystarczy, że zatrudniałaby ok. 50 osób, co pozwoliłoby utrzymać jej roczne koszty w granicach 10 mln zł (pieniądze przeznaczone na budowę Stadionu Narodowego starczyłyby na niemal 200 lat utrzymania takiego biura). Jakość polityki gospodarczej wzrosłaby gwałtownie. Zarząd biura mogliby mianować wspólnie prezes NBP, minister finansów i prezydent, co zasadniczo ograniczałoby możliwość partyjnych rozgrywek. Poziom niezależności zarządu powinien być podobny do tego, jakim cieszy się zarząd NBP.

Oczywiście nie przekonuję, że jest to bardzo proste zadanie. Prognozy gospodarcze są bardzo niepewne w horyzoncie miesiąca, a co dopiero kilkudziesięciu lat. Istnieje ryzyko, że takie analizy przerodziłyby się w zgadywanki, co zostawiałoby duże pole do partyjnych wpływów. Jednak ten problem nie jest nie do przejścia. Po pierwsze, analizy dotyczące sytuacji budżetowej mogą być dokładniejsze niż np. analizy dotyczące wzrostu PKB, dość łatwo bowiem określić, jaka będzie przybliżona wysokość wydatków i dochodów przy prawnym status quo. Po drugie, niepewność można opisać poprzez wyznaczenie różnych scenariuszy, określenie od czego one zależą i jakie jest prawdopodobieństwo każdego z nich. Po trzecie, przy różnych wynikach prognoz można podawać krótkie podsumowanie, od czego dokładnie te różnice zależą, żeby media i obywatele mieli świadomość, skąd odmienne prognozy i gdzie są linie podziału.

W kraju, gdzie na najważniejsze wybory chodzi niecała połowa obywateli, głównym problemem nie jest przeprowadzenie tej lub innej reformy, ale udrożnienie komunikacji między władzą i obywatelami, zmniejszenie pola do oszustw politycznych, zwiększenie przejrzystości procesu decyzyjnego. Kiedy to się zmieni, najważniejsze reformy „zrobią się same“.
Trwa ładowanie komentarzy...